JUŻ CZAS

JUŻ CZAS

Mniej więcej na początku ubiegłego roku, poczułem się jakbym przysiadł w podróży. Wiecie tak jak to w czasie deszczu, który przerywa wielką wyprawę, wbiega się pod wiatę na małej kolejowej stacyjce, by przeczekać nawałnicę. Ale taki deszcz potrafi padać nawet trzy dni. Cóż robi wtedy wędrowiec, który zmuszony jest do zatrzymania się w czasie? Kto kiedykolwiek powiedział słynne IDZIE SIĘ, wie że w takim wypadku następuje czas robienia porządków w plecaku, cerowania skarpetek, suszenia przemoczonych butów, odpoczynku i planowania. I czekania na najbliższy pociąg. I tak wyglądał właśnie poprzedni rok. 

 

Przysiadłem więc pod tą wiatą na dłużej, bo deszcz padał i padał. Siedziałem i przyglądałem się jak sprawy się mają. I bardzo szybko zrozumiałem że wcale nie całkiem bardzo. Zrozumiałem że pędzę gdzieś nie wiadomo dokąd popychany kopniakami codzienności. Że tak naprawdę nie mam czasu absolutnie na nic. Co więcej, nie bardzo wiedziałem już, czego ja właściwie chcę. Z paniką zacząłem rozumieć że właściwie przestałem marzyć, a wszystko co robię, robię jakby siłą rozpędu. A tyle się przecież działo. Na brak zajęć nie było co narzekać i tych zawodowych i tych artystycznych ani też tych kościelnych. No bo przecież działała firma, skończyłem i wydałem trylogię historyczno przygodową dla młodzieży, pracowałem jako starszy w zborze przygotowując kazania, spotykając się z ludźmi którzy owych spotkań potrzebowali, działałem w SNP, w  poznańskim zarządzie ZLP. A wkoło mnie świat pędził coraz szybciej i szybciej, gęściej i gęściej, tańcząc jakiś totalnie zwariowany taniec akrobaty na linie. I powiedziałem stop! 

 

Przysiadłem i zacząłem zastanawiać się nad tym wszystkim. A później zacząłem porządki. Trochę trzeba było się przepakować. Trochę odpuścić. A nade wszystko siedzieć i obserwować. Bo był to rok obserwacji. Siedziałem sobie i patrzyłem jak kolejne pociągi odjeżdżają beze mnie. Ten z pomysłami na kolejne tomy książki i ten z pomysłami na prowadzenie zboru. A później odjechał ten z tekstami piosenek dla kilku znajomych. Po torach potoczyło się też kilka składów towarowych wypchanych po brzegi szpargałami moich niedoszłych hobby. I nawet taki jeden z książkami które chciałem przeczytać ale już po kilku stronach wydały mi się nieskończenie męczące. Patrzyłem jak ten rok przecieka mi przez palce i wcale mnie to nie smuciło. Bo nagle zdałem sobie sprawę że ja już nie  muszę wsiadać do jakiegokolwiek pociągu. Że mogę spokojnie założyć plecak na plecy i wolnym krokiem ruszyć w zupełnie innym kierunku niż wyznaczają tory. I niech świat sobie gna dalej jak szalony. Niech ten pociąg pędzi na złamanie karku. Ale beze mnie. A ja udam się w swoją własną podróż. Przecież zawsze gdzieś tam o tym marzyłem. A więc w drogę. Już czas.

Comments are closed.