Kilka słów o pamiętaniu.
Siedzieliśmy na polu namiotowy w Bułgarii i jedliśmy słodkie ogromne brzoskwinie. Nagle podszedł do nas sąsiad Czech i powiedział ojcu że w Polsce jest wielki strajk i robotnicy się zbuntowali. Mama uderzyła w płacz że znowu będą strzelać. Pamiętała bowiem Poznański Czerwiec i moje urodziny na wybrzeżu w 68. Ale dość szybko dotarła do nas wiadomość – oświadczenie Gierka, że on jest robotnikiem i nie chce mieć robotniczej krwi na na rękach. Przyjęliśmy to z ulgą. Ale zaczęliśmy się pakować bo trzeba było przekroczyć kilka ,,bratnich” granic. To był koniec wakacji, wróciliśmy do domu tak szybko jak tylko się dało. W kraju panował niesamowity nastrój. Czuło się jakąś taką euforię. Jak zaklęcia wymawiało się nazwiska: Walentynowicz, Wałęsa, Kuroń, Gwiazda, Michnik, Rulewski. W domu zaczęto rozmawiać na tematy polityczne i o historii naszej rodziny. Dotychczas były to tematy przy mnie pomijane. (Jeśli była o tym mowa, dorośli milkli kiedy pojawiałem się w pokoju. Nie dziwię się im. Jako dzieciak byłem straszną gadułą. ) Usłyszałem o Katyniu, łagrach, Stalinie itd. Nagle pojawiły się książki które przewróciły mój świat oparty na ,,Czterech Pancernych” do góry nogami. Nagle lekcja Wychowania obywatelskiego stała się tańcem na linie. Czas lęku i pokory się skończył. Co jeszcze stało się inne, to poczucie jedności ,,nas”. Jedności konta ,,nim”. Może brzmi to górnolotnie, ale to naprawdę wyczuwało się wokół ludzi. Nagle zaczęto mówić ,,my”. ,,My” mówimy dość. ,,My” się nie zgadzamy. ,,My” będziemy się przeciwstawiać. ,,My” to Solidarność oni to komuna. Nie było miejsca na stan pośredni. I jeszcze jedno. ,,Oni” oni się bali. Bali się naprawdę. Choć nadal mówili butnie i podniośle, to jednak drżały im głosy. Wyczuwało się ich niepokój. I to napawało jeszcze większą euforią. Nawet ruscy żołnierze jakoś tak mniej łazili po mieście. Zaczęli śpiewać bardowie, rodzice wpięli w klapy znaczki Solidarności w niedzielę zaczęło się chodzić do kościoła. Tak gorliwiej, by modlić się za kraj, za Papierza Polaka, za Solidarność. Tak pamiętam ,,Karnawał Solidarności”. Pamiętam też, jak wszystko runęło 13 grudnia. I było to posunięcie na miarę geniuszu zła, przerażająco doskonałe w swojej celności i konsekwencjach. Stan wojenny, to było bowiem nie tylko zło z powodu ofiar i przemocy, ale zło w tym sensie, że stan wojenny dał ,,im” prawie dekadę wytchnienia. Dekadę na przygotowanie się na nadejście nieuniknionych zmian. Stan wojenny i lata po nim sprawiły coś jeszcze. Wykorzystano doskonale zasadę ,,dziel i rządź”. Podzielono nas na frakcje i koterie. Doskonale wykorzystano i wzmocniono nasze narodowe przywary. Zabito w nas tamtą jedność i zaufanie. Obawiam się że nieodwracalnie.