Powroty – mój analogowy świat.

Powroty – mój analogowy świat.

 

Mój powrót do urządzeń analogowych, rozpoczął się wcale nie od jakiejś idei ale całkiem prozaicznie. I pragmatycznie. Zepsuła mi się waga. W pracy magazyniera, waga to jedno z podstawowych narzędzi. Wysyłki często wymagają zważenie i zmierzenia. Tak więc kiedy tylko w mojej firmie pojawił się magazyn, pojawiła się i waga. Zwykła współczesna elektroniczna z wyświetlaczem. Taka do ważenia małych paczek. Wytrzymała pół roku. Szlak ją trafił i musiałem dość szybko zakupić nową. Ta, zdobyta w wielkim markecie, wytrzymała trzy miesiące i wysiadła elektronika. Pomyślałem sobie, że źle podchodzę do tematu i zakupiłem za sporą sumę, wagę markową. Z gwarancją! Że tak powiem numer jeden wśród wag! Działała fantastycznie. Do pierwszego tygodnia po gwarancji. I padła. I wtedy mnie trafił szlak. Pojechałem na pchli targ i za zawrotną sumę dziesięciu złotych zakupiłem wagę kuchenną, analogową z przesuwanym odważnikiem. Taką z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Było to cztery lata temu. Waga bez zarzutu działa do dzisiaj. Działa bo właściwie nie ma co się w niej zepsuć. I cztery lata temu rozpoczęła się także mój powrót do analogicznego sprzętu. Powróciłem nie bez żalu do tych wspaniałych urządzeń, które jeszcze ćwierć wieku temu, z głupią radością wyrzucałem na śmietnik! Żeby było lepiej, wygodniej i nowocześniej! O święta naiwności. Popadłem bowiem bardzo szybko w zaklęty krąg ciągłej wymiany sprzętu. Żeby było lepiej wygodniej i nowocześniej. I jeszcze dlatego że owe cuda elektroniki żywot mają krótki jak muszki jednodniówki. Zatańczą zaszaleję i padną. Czasem jeszcze przed spłatą ostatniej raty zaciągniętego na nie kredytu. Z czystej więc potrzeby i pragmatyzmu zacząłem powolutku zmieniać ten stan. I tak dość szybko na mojej ręce pojawił się stary dobry nakręcany zegarek, produkcji czechosłowackiej. Znalezienie go wcale nie było takie łatwe ale dałem radę. Następnie do domu zawitała stara poczciwa maszyna do pisania, radio ze skalą na fale długie, barometr, termometr, suwak logarytmiczny, waga tym razem do ważenia mojej osoby itd. Wrócił też do łask aparat fotograficzny na film średniego formatu. Pojawiają się też następne.

Może to śmieszne ale powrót do korzystania z tych wszystkich drobnych sprzętów był dla mnie rewolucją. Co daje mi korzystanie z tego sprzętu? Na pewno wolność. Z wyjątkiem radia, sprzęty te nie wymagają podłączenia do sieci, do prądu. Nawet wywoływanie zdjęć nie musi być związanie z użyciem powiększalnika na prąd, bo spokojnie można już wywoływać stykówki. Po drugie fascynuje mnie pewien rodzaj ciszy albo może wybrzmiewania innych dźwięków. Nie słychać tu pisku i buczenia elektryki. Nikt nie zhakuje mi tekstu napisanego na maszynie. Żadna sztuczna inteligencja, nie przerobi mi zdjęcia pozostawionego w szufladzie wykonanego na papierowej odbitce. Nikt nie zajrzy do moich myśli spisanych ołówkiem w notesie. Powoli małymi kroczkami wyciekam z nowoczesności. I żeby było jasne, mam przecież tablet i telefon a w domu jest telewizor. Jednak mam tą wspaniałą alternatywę, że gdyby nagle to wszystko z jakiegoś powodu padło, mogę dalej tworzyć. Mogę robić zdjęcia, mogę pisać książki, mierzyć, ważyć, sprawdzać. Co więcej mogę żyć (i coraz częściej próbuję żyć) bez pomocy satelity, algorytmów, sieci GSM itd. Życie takie przypomina trochę wielkie wyprawy geograficzne z przełomu wieków i jest fascynujące. Odkryłem też, że wiersz pisany piórem ze stalówką w ręcznie robionym notesie, aromat kawy zmielonej w ręcznym młynku i zaparzonej w kawiarce to zupełnie inny wymiar świadomości. Polecam.

Comments are closed.