Piraci z Sołackiego Parku.
Park Sołacki był jednym z najszczęśliwszych miejsc ze wspomnień mojego dzieciństwa. Położony wśród starych eleganckich domów poznańskiego Sołacza, był ulubionym miejscem spacerów rodzinnych. Przyciągał, wabił swoim urokiem. Miał w sobie ten rzadki czar kawałka świata, w którym wydawało się że jest ono położone o setki kilometrów dalej. W Poznaniu i okolicach jest do dzisiaj kilka takich miejsc, w których człowiek ze zdziwieniem konstatuje: ,,O tu jest zupełnie jak w górach” albo ,,Tu jest zupełnie jak nad morzem” ( proszę przejść się w lecie po podpoznańskim Lusowie, aby zrozumieć ten fenomen). I choć Park Sołacki był o piętnaście minut drogi od mojego domu, zawsze wyjście tam miało w sobie ulotną radość pobytu na wczasach. Bo jak inaczej podejść do licznych atrakcji parku do pływania łódkami po stawach, do spacerów krętymi alejkami wśród starych drzew, do porcji lodów Casatte w niedalekiej cukierni?
Łódki stanowiły dla mnie atrakcję niesłychaną. Chyba też dlatego, że chodziłem na nie z tatą w czasie nielicznych chwil, w których miałem go tylko dla siebie. Stawy Sołackie były maleńkie i drewniane kolorowe łódki tłoczyły się w ogromnym ścisku, nie przeszkadzało mi to wcale, by już po odbiciu od pomostu, wpływać na tajemnicze rozlewiska Amazonki, pomiędzy porośnięte lianami drzewa tropikalnych lasów, płynąć na Barbados na Tortugę i w inne miejsca znane tylko piratom.
Skąd piraci? Otóż w Parku Sołackim mieściła się restauracja ,,Piracka” stylizowana na nadmorską tawernę. W niej tatko mój, solista poznańskiego Teatru Muzycznego, dorabiał wraz z kolegami, zabawiając gości, wieczornym programem muzyczno- słownym, traktującym o przygodach Kapitana Blood’a. W Pirackiej wypiłem swoją pierwszą puszkę Pepsi. A Pepsi z puszki, było dla dziecka w tamtym czasie wydarzeniem porównywalnym z otrzymaniem dzisiaj PS4. Puszka została oczywiście zabrana do domu i postawiona na półce, gdzie jeszcze długo pozostawała obiektem zazdrości kolegów z podwórka.
Zimą Stawy Sołackie zamarzały wspaniale. Jeździliśmy po nich całą gromadą na łyżwach pośród oszronionych drzew i parujących latarni. Park skuty mrozem wydawał się być jeszcze bardziej bajkowy niż latem. I choć wokół tworzono całą masę większych i mniejszych lodowisk najbardziej lubiłem ślizgać się w właśnie tam. Jeździłem ubrany w gruby wełniany sweter, króliczą czapkę i spodnie uszyte ze starego koca, nie czując mrozu. Liczyła się tylko jazda, pył wzbijany z pod łyżew i szalona zabawa. Dość ciasno było na tym lodowisku. Ślizgali się młodzi i starzy, całe rodziny. Wokół tańczyły płatki śniegu a mróz szczypał w policzki. W tamtych czasach zimy bywały naprawdę mroźne.
Później nastąpiły wielkie zmiany a wraz z nimi zniknęły łódki na Sołackich Stawach. Zniknęła też Restauracja Piracka, zastąpiona przez ekskluzywny Meridian. Park odnowiono, wyczyszczono stawy, odkrywając na nowo ich mroczne i tragiczne tajemnice. Zachodziłem tam jeszcze w początkach lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku by chłonąć chwile ulotne i siadałem na ławkach gryzmoląc swoje pierwsze wiersze. Był też Park Sołacki etapem mojej ,,zielonej drogi przez Poznań”. Ale to już zupełnie inna historia.