Poznański obiad rodzinny
Wśród wielu corocznych spotkań, jedno bardzo mocno zapadło mi w pamięci. Uroczysty obiad rodzinny u wujostwa ,,J”. Obiad w małym mieszkanku przy ulicy Chociszewskiego. Co prawda było to czasach częstych rodzinnych zlotów okazjonalnych, imieninowych czy choćby zwołanych po to by pograć w Brydża, jednak właśnie temu konkretnemu spotkaniu chciałbym poświęcić kilka wspominkowych zdań. Obiad ten bowiem był na wskroś poznański, poznańsko tradycyjny, mieszczański. Ubrany w ten specyficzny klimat i czar mojej rodziny, który przeminął wraz z tymi, którzy przenieśli się na miłostowski, czy górczyński cmentarz. Postanowiłem moje sentymentalne podróże w czasie po Poznaniu i okolicach, nazwane nieprzypadkowo Galart z majonezem, zacząć właśnie od rodzinnej uczty. Jest w niej bowiem esencja tego ulotnego ducha, bycia Poznańczykiem. Coś czego obcym bardzo trudno pojąć zastępując zrozumienie często krzywdzącym stereotypem.
Obiad u cioci Luty i wujka Bolka ogłaszany był kilka tygodni wcześniej i tylko ciężka niemoc mogła być przyczyną by nie pojawić się u nich w niedzielne popołudnie. Mieszkanie składało się z dwóch niewielkich pokoi na pierwszym piętrze modernistycznej kamienicy. Z jednej strony okna wychodziły na brukowaną jezdnię z drugiej na park przylegający do poznańskiej Areny. Pomimo małych rozmiarów, było w nim miejsce nie tylko na meble, ale także na olbrzymi fikus, który zajmował sporą część powierzchni dużego pokoju. Co ciekawe, zamiast słynnej socjalistycznej meblościanki, stały tam minimalistyczne meble wykonane własnoręcznie przez wujka, a nawiązujące do stylistyki wczesnych lat sześćdziesiątych. Ze sklejki, pleksi i metalu wujek wyczarowywał istne cuda, a położone na półkach egzotyczne pamiątki z dalekich podróży do bratnich krajów bloku wschodniego, nadawały pomieszczeniu ,,światowy klimat”. Lubiłem oglądać te nieliczne drobiazgi, zastanawiać się nad ich pochodzeniem a wyobraźni odbywać dalekie podróże, by gdzieś tam nad Morzem Śródziemnym, łowić rozgwiazdy i zbierać muszle. Jednak z całego wystroju tamtego mieszkania, najbardziej fascynował mnie mały obraz w przedpokoju. ,,Wesele chłopskie” Bruegela. Cudowny mały świat średniowiecznej uczty, pełen wciąż to nowo odnajdywanych szczegółów. Każdą wizytę w mieszkaniu na Chociszewskiego zaczynałem od długiego wpatrywania się w ,,Wesele”. Zresztą miłość do malarstwa pana Piotra pozostała mi do dzisiaj.
Pojawialiśmy się wiec poważni i elegancko ubrani na corocznym obiedzie. Cały mały pokój zajmował olbrzymi rozłożony stół przykryty białym obrusem. Każdy miał tam swoje wyznaczone miejsce i nie było raczej możliwości zamiany. Gospodarzowi sprawiło by to przykrość. Na każdym talerzu leżał mały ręcznie wykonany bilecik z imieniem osoby, która miała prawo na wskazanym miejscu zasiąść. Upchnięcie kilkunastu osób w pięciometrowym pokoiku za wielkim stołem było samo w sobie wydarzeniem z pogranicza cudu i wyższej logistyki. Jednak kiedy już wszyscy usiedli i stoczyli bitwę z serwetkami ( na kolana, pod szyję, nie tak, ja nie potrzebuję ) rozpoczynał się kulinarny spektakl godny najlepszych restauracji. Na początku pojawiał się barszcz z pasztecikami podawany w filiżankach, ostry w smaku i klarowny tak jak jezioro w górach. Alternatywą bywał rosół, który tradycyjnie zamiast makaronu podawany był z pokrojonym naleśnikiem. Później na stół wjeżdżały potrawy, wśród których królowała pieczona kaczka, duszony zając i poznańskie wołowe zrazy faszerowane ogórkiem, boczkiem i chlebem. Do tego, do wyboru podawano słynne pyzy drożdżowe, lub ziemniaki posypane natką pietruszki. Całość uzupełniały sosy, mizeria, czerwona kapusta, grzybki w occie, korniszony, ćwikła z chrzanem. Do picia był kompot, wytrawne wino i ,,Grodziska” woda gazowana. Jedzono powoli, poważnie z nabożeństwem prawie, bo choć dzisiaj menu wygląda zupełnie zwyczajnie, zdobycie tego rodzaju wiktuałów, często graniczyło z cudem. Zdobycie wołowiny, na zrazy, zająca czy kaczki, wymagało wielotygodniowych starań, załatwiania, kombinowania. Jednak o tym nikt nie mówił. Chodziło o to, by jak najdłużej nacieszyć się chwilą zatopioną w lekkiej ułudzie elegancji i dobrobytu. Najedzone towarzystwo przesiadało się po jakimś czasie na kanapę i fotele w drugim pokoju a tam następował czas ręcznie mielonej kawy, gruzińskiej herbaty, odrobiny koniaku, słodkiego wina i wszechobecnego dymu z papierosów. Palili wszyscy dorośli. Z głośników unosiły się dzięki muzyki poważnej, muzyka rozrywkowa była stanowczo zakazywana. Ostatnim punktem programu było tak zwane ,,słodkie”. Przy dźwiękach wiedeńskich walców podawano placek drożdżowy z kruszonką, sernik z rodzynkami i makowiec. Wśród dymu markowych papierosów zakupionych okazyjnie w Peweksie, towarzystwo toczyło długie dyskusje, które mnie dzieciaka nudziły śmiertelnie, więc zaszyty w kącie pod fikusem przeglądałem całe stosy kolorowych czasopism przy czym prym wodziły ostatnie strony ,,Przekroju” oraz ,,Kobiety i życia”.
Zakończenie spotkania odbywało się zawsze w ten sam sposób. Wszyscy wiedzieli że przeciąganie rozmów do kolacji stawiało by gospodarzy w niezręcznej sytuacji. Wymawiano się więc grzecznie tym, że w domu czekają pozostawione psy. Że jutro trzeba pojechać w delegację itp. Po czym proszono moją mamę – lekarza o wypisanie recept. Mama jak zawsze przygotowana wyjmowała bloczek recept i spełniała ich prośby. Nie było w tym nic dziwnego. Została lekarzem między innymi po to by pomagać rodzinie.