Niecodzienna podróż kulinarna
Bo tak to już jest, tak to jest, pomyślałem sobie siedząc w wietnamskiej restauracji, brnąc przez górę żarcia wielkości Phan Xi Păng. Cytat z klasyka, wyrwał mi się na widok scenki rodzajowej niecodziennej nadzwyczaj. Oto siedziałem w wietnamskiej knajpie na jednym z poznańskich osiedli. Nie żeby w centrum miasta, koło Starego Rynku czy na deptaku. To było zwyczajne blokowisko i knajpka przykucnęła tam przyklejona do starego spożywczego blaszaka. Prowadzący restauracje podśpiewywał przy garach radośnie jakieś wietnamskie piosenki a sympatyczna pani obsługiwała klientów, walcząc dzielnie z meandrami języka polskiego. Zupełnie jak w słynnym kabarecie. Tylko że tu jedzenie było wyśmienite a obsługa błyskawiczna.
– Poproszę kurczaka w panierce z ostrym sosem – prosi klient.
– Kutlat w …. tlujaka tak?
– Tak to jest trójka na karcie.
– Tynasce zlotych proszę.
Ot mniej więcej w tym stylu. Klienci wchodzą i wychodzą, widać że miejsce cieszy się sporym zainteresowaniem bo i żarcie dobre i dużo i tanio.
Nagle do knajpki wchodzi dwóch panów przybyłych do nas zdecydowanie z dalekich stron. Może Turcy, może Arabowie? Nie mam pojęcie. Podchodzą i składają zamówienie. Po Polsku. Ich język jest zdecydowanie lepszy od umiejętności sprzedawcy, ale i tak słychać mocny obcy akcent i częste dla obcokrajowców błędy w odmianach wyrazów.
Siedzę i myślę. Jedni i drudzy są w Polsce od dłuższego czasu. Widać że wrastają. Mogli przecież spróbować się po angielsku, francusku, portugalsku czy w jakimś innym międzynarodowym języku. Mogli wskazać paluchem tą trzynastkę czy czternastkę na karcie i było by po sprawie. Ale nie! Brną przez nasz niełatwy polski jedni i drudzy. I wiecie co? Wzruszyłem się i poczułem się dumny. Z Polski.
Bo tak to już jest, że Polska to taki kraj, w który jako obcokrajowiec, można bardzo szybko i trwale wrosnąć. Stać się Polakiem. Jeśli się oczywiście chce i złapie się ,,to coś” w stosunku do Polski. Bezwarunkową miłość. I wiem co mówię. Mój pradziadek urodził się na statku w Trieście. Rodzina wrastała w Polskę przez pokolenia, płacąc za to cenę taką samą jak ci którzy byli tu od zawsze. Tracąc kilkakrotnie wszystko. Może kiedyś o tym napiszę. Tak czy inaczej po przodkach została mi miłość do opery, śpiewu makaronu i gadania. No i może ciut ciemniejsza gęba.
I pomyślałem sobie że tak to już jest. Jest ciągle, na szczęście, inna Polska, taka poza internetowym onanistycznym wręcz podsycaniem temperatury. Polska która nie mieści się w ramach programów tej czy tamtej partii, a w szczególności nie ma jej w wypowiedziach ,,pożal się Boże” wszelakich polityków. Poza zasięgiem działaczy, nieletnich ideologów i abnegatów historycznych. Polska spoza opłacanych premią artykułów dziennkarzyn, jednej i drugiej frakcji, którzy za mieszanie brudnym łapskiem w naszej zupie, zapewniają sobie kasę i rozpoznawalność. Polska poza zasięgiem krzykaczy, dyskutantów i innych usłużnych idiotów, którym już dawno zabrakło słów, którymi mogli by gnoić siebie nawzajem, bo tu już wszelki rodzaj gówna został wylany. Po równo z każdej strony.
W takiej zupełnie innej Polsce, można siedzieć w Wietnamskiej knajpie i słuchać jak Arab składa Wietnamczykowi zamówienie po polsku. Można też brnąć przez górę wietnamskiego żarcia myślą że całkiem niezłe, ale jako Polak z dziada i pradziada ( a jak!) stwierdzić że nic nie przebije rodzimego schabowego z ziemniakami i surówką z kiszonych ogórków.