Leśne historie, dzieciństwo w szałasie.

Leśne historie, dzieciństwo w szałasie.

Moje pierwsze leśne bytowanie to dzieciństwo w mazowieckich lasach. Dziadek miał pasiekę położoną godzinę marszu od domu. Od czasu kiedy skończyłem szósty rok życia mogłem chodzić tam sam. Zresztą był to jeden z moich obowiązków. Dziadkowi trzeba było zawieść jedzenie. Dzisiaj byście powiedzieli, że to niemożliwe żeby sześciolatek sam chodził sam po lesie. Ale wtedy życie było zupełnie inne. Inaczej też wychowywano dzieci. Wsiadałem  na rower (zresztą przez dziadka specjalnie zmodyfikowany, ze specjalnym koszem na bagażniku ) zabierałem aluminiowy zestaw menażek z obiadem i ruszałem w drogę. A ten las dzieciństwa był niezmiernie fascynujący, pełen niskich powykręcanych świerków na piaszczystych pagórkach, lisich nor, labiryntów w jałowcowych krzakach. Ciągnął się i ciągnął w nieskończoność. Las mojego dzieciństwa miał też swoje tajemnice. Pełno w nim było zapomnianych mogił z czasów wojny, niewypałów i rozmaitego żelastwa. I był zamieszkany. Nie tylko przez zwierzęta. Kiedy nocami zachodziliśmy z dziadkiem na najwyższe w okolicy wzgórze i wspinaliśmy się na wierzę triangulacyjną, wśród morza drzew płonęły nieliczne małe ogniki wskazujące miejsca w których bytowali leśni ludzie. Byli wśród nich leśnicy, kłusownicy, gajowi, bimbrownicy, dziwacy, pustelnicy. Były też ostatnie całkowicie nielegalne cygańskie tabory. Była i nasza polana mieszcząca czterdzieści kolorowych uli a za nimi szałas z brzozowych gałęzi pokryty papą. Dziadek wyruszał do lasu na wiosnę a wracał jesienią. W zimie pracował w warsztacie w piwnicy naszego domu, tworząc różne zadziwiające wynalazki. Lato zaś należało do lasu, bo dziadek nigdy nie był częścią miasta ani nawet małej podmiejskiej miejscowości w której przyszło nam żyć. Szybko więc wydzierżawił polanę, postawił kryty papą szałas i zaczął hodować pszczoły. Tam też spędziłem kilka wiosen lat i jesieni  mojego wczesnego dzieciństwa. Tam też uczyłem się leśnego bytu. A był to byt fascynujący. Budziłem się w szałasie na pryczy wyplatanej z brzozowych gałęzi, na sienniku, przykryty kocem ( nikt wtedy nawet nie myślał o śpiworach). Jadłem owsiankę lub inne paskudztwo, popijałem zbożową kawą i… szedłem w las, najczęściej do moich ulubionych jałowcowych labiryntów lub nad strumień. Tam powstawały leśne bazy, forty, kryjówki i indiańskie obozowiska. Często do lasu przychodziła babcia i ruszaliśmy na grzyby, maliny, jagody. Wieczorami wmuszano we mnie obiad i mogłem się dalej bawić, byle nie daleko. Nie znałem jeszcze liter a umiałem już zbierać grzyby, robić sok z malin, rozpalać ognisko za pomocą szkła powiększającego, umiałem robić leśny makaron i parzyć herbaty z ziół. Wszystko co miałem, mieściło się w chlebaku. Miałem tam kilka skarbów, które przydawały się w lesie: Scyzoryk Gerlach, lusterko, butelkę po oranżadzie, szkło powiększające do rozpalania ogniska, fiolkę po lekarstwie do łapania owadów i kawałek sznurka. Nic więcej nie było potrzebne. Kiedy miałem siedem lat rodzice przenieśli się do Poznania. Na Wildę. Dla mnie to była śmierć. Nie mogłem sam wychodzić z domu, nie mogłem spać pod gołym niebem. Była szkoła, było niebezpiecznie. Na szczęście jeszcze latem mogłem cieszyć się wakacjami na leśnej polanie. W 1977 roku rodzice przenieśli się do nowego mieszkania w poznańskim blokowisku, babcia zachorowała i po kilku miesiącach zmarła. A zimą zginęły wszystkie pszczoły z dziadkowej pasieki. Podobno zaraza powaliła roje w całej Polsce. Dziadek porzucił pszczelarstwo i porzucił las. Zamknął się w warsztacie w podwarszawskim domu. A ja zostałem wśród żelbetonowych bloków tęskniąc za lasem i wolnym życiem. Siedząc przykuty do szkolnej ławki wypatrywałem ratunku. I ratunek przyszedł i to  z zupełnie nieoczekiwanej strony, o czym opowiem innym razem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *