Pierwszy oddech
Dawno mnie tu nie było. Dawno nie wciągałem w płuca leśnego wiatru. Porwał mnie wir straszliwy życia. Fabryka codzienności, w której nie ma pracy na zmiany. Tu musisz stać przy taśmie cały czas i wkładać do pudełeczek kolejne stracone godziny życia. Cywilizacja, moloch, betonowe ramiona tulą w śmiertelnym miłosnym uścisku. I tylko tęsknisz za zielenią. I tylko czasami śnisz szept Amazońskiej Dżungli lub plusk wody w zakolach Warty. Sami zbudowaliśmy tą klatkę, sami zamknęliśmy za sobą drzwi i pozwoliliśmy by nas pilnowano. Mamy radość z suchej karmy i zmienianej ściółki. Staliśmy się fermą, hodowlą. Nikt nas do tego nie zmuszał. Dobrowolnie rozsiedliśmy się w fotelach.
Ale od tygodnia słyszę klangor żurawi. I zacząłem tęsknić.
– Hej! Hej ! – wołają– wracamy, wracaj i ty. Machają do mnie skrzydłami, zapraszają rozradowane , szczęśliwe.
A ja? Eh! Zszarzałe odbicie w lustrze, podkrążone oczy. Praca, która pozwoli na to by się nasycić by móc znowu pracować.
Patrzę na plecak mój wierny i schowanych w nim przyjaciół: nóż, manierkę i innych i myślę sobie że już dość! Że trzeba wstać i ruszyć tam gdzie zieloność. Tam gdzie czekają na mnie, wąż, lis, dzięcioł i kruki. I to będzie zmartwychwstanie. Przy pierwszym głębszym oddechu na leśnym trakcie.
Już czas.