Do czterech razy sztuka
Najbliższy rok obfituje w pełne i ważne rocznice. Ja też mam jedną, bardzo osobistą. Dokładnie dziesięć lat temu ukazała się drukiem moja pierwsza książka. Pamiętam to niesamowite uczucie, kiedy kurier przyniósł do domu paczkę egzemplarzy autorskich. Na debiut czekałem długo. Podchodziłem zresztą do niego trzykrotnie. Pierwszy raz, dzięki spotkaniu na swojej drodze nieodżałowanego Marka Obarskiego. Spotkanie z nim było dla mnie przełomowe. Nagle miałem przed oczami, człowieka utkanego z zupełnej innej rzeczywistości. Kogoś kto pojawił się w ,,teraz w tym miejscu” przez jakiś zupełny przypadkowy chichot losu. Spotkałem legendę. Przytaszczyłem do niego swoje wierszydła. Przeczytał. Nie krytykował złych. Wybrał te które uważał za dobre. Dał kilka cennych uwag. Po czym, ku mojemu zupełnemu zaskoczeniu oświadczył że kila z nich opublikuje w ,,Nurcie”. Był grudzień 1989. Przez Polskę przelała się fala przemian i kulturę wypierniczono na śmietnik zastępując ją zachodnim chłamem. Po erze socjalistycznego absurdu nadeszła era kapitalizmu, który nie był już ani absurdalny ani ty bardziej absurdalnie zabawny jak komuna. ( Nasze plemię obaliło złego wodza, czerwonego tyrana i jego czarowników. Wygnaliśmy ich, a w zamian biały człowiek zza wielkiej wody dał nam dużo świecących koralików i zaczął robić szemrane interesy. Ale co tam mamy takie ładne świecidełka i plastikowe miski.) Tak więc ten nieszczęsny pierwszy w 1990 roku numer Nurtu, w którym miałem zadebiutować już nigdy się nie ukazał. Podzielił los wielu mu podobnych.
Moje drugie podejście do debiutu rozpoczęło się w 1994 roku. Mój kolega, znakomity plastyk, Tomek Czyżewski, znalazł wydawnictwo, które zainteresowało się naszymi bajkami dla dzieci. Dziełko owo nazywało się ,,Opowieści starej myszy”. Ponieważ chcieliśmy by w pewien sposób nawiązywało ono do ,,Koziołka Matołka” napracowaliśmy się setnie nad rymami i ilustracjami. Pan wydawca chwalił, okazywał zachwyty, gratulował, obiecywał ,,złote góry”, piał donośnie że wreszcie polscy twórcy pojawią się na rynku i będą pisać nasze polskie książki…Reszty historii nie wspomnę. Nazwy wydawcy też. Leży gdzieś bowiem na półce w wydawnictwie owym ,,Stara mysz”. Chyba że rękopis myszy zjadły. Albo chyba szybciej myszka Miki.
Trzeci raz namówiony przez przyjaciela Macieja Bryla, zabrałem się za ,,Biblijne wycieczki Zuzi owieczki”. Razem z wspaniałą ilustratorką Magdą Bloch, przez kila lat brnęliśmy przez biblijną materię opowiadań. Po napisaniu kilku pierwszych, namawiany przez żonę wrzuciłem próbki do skrzynek kilku wydawnictw. Odpowiedź przyszła po pół godzinie. Zabraliśmy się do pracy. Był rok 2008 kiedy to trzymałem w rękach moją pierwszą książkę. Później miałem możliwość zobaczenia ją jeszcze w wersji angielskojęzycznej i afrykanerskiej. Kolejnych siedem lat spędziłem na pisaniu i wydawaniu kolejnych książek w kraju i za granicą, oraz na zawodowym tańcu linoskoczka, by móc utrzymać siebie i rodzinę i jeszcze mieć czas na pisanie. Normalka w tym zawodzie. Byłem kucharzem, nauczycielem, korepetytorem, handlowcem, trenerem, bosmanem w porcie itd.
Po tych siedmiu latach miałem zdecydowanie dość pisania. Wypstykałem się. Czemu? Może opowiem o tym innym razem. Fakt faktem, że moje tak zwane natchnienie spakowało walizki i wyjechało w bliżej nieokreślonym kierunku. Przeszedłem przez okres frustracji, złości, paniki, apatii, nieudolnych prób powrotu i moralnego kaca. Ale niezależnie od stanu ducha nie byłem z siebie wstanie wykrzesać nic z wyjątkiem lichutkiego objętościowo strumyczka poezji. Chyba dlatego że doszedłem do wniosku że całe to pisanie dobrych książek, jakbym się nie starał, jest w dzisiejszych medialnych czasach pozbawione najmniejszego sensu i ,,o dupę rozbić”. Nikt na to nie czeka. Co najwyżej na teksty SEO po dwa złote za stronę. I pomyślałem że nie muszę być pisarzem. Że nie mam na to już ani chęci i ochoty i że jestem wolny? Tak! Wolny! I koniec. Żegnaj literacki grajdołku. Boże dzięki Ci że mogę przestać myśleć!
Wtedy, a jakże, zadzwonił dzwonek do drzwi i w progu stanęło lekko poobijane, natchnienie. W podartych ciuchach, z gębą pooraną zmarszczkami, siwiejące i mocno zakłopotane. Chciałem gnojowi zamknąć drzwi przed nosem, ale mam dobre serce, więc odpuściłem, w końcu sporo razem przeżyliśmy. Siadłem do klawiatury. Naostrzyłem ołówki, odmoczyłem zaschnięte pióro i kupiłem nowy ładny zeszyt.
Piszę.
Kilka dni temu byłem na wielkim koncercie w poznańskiej Arenie. Kolendy z różnych stron świata ,,Betlejem w Polsce” miały teksty w moim opracowaniu. Kończę opowiadania dla WSIP-u. Powoli rozdział za rozdziałem rośnie moja kolejna książka. Czy wróciłem? Czy odbiłem się od mulistego dna rezygnacji. Czy zdołam dokończyć zarzucone przed kilkoma laty projekty? Nie wiem. Nie mam pojęcia. Piszę i to się liczy. Może inaczej, bardziej rozważnie. Zmienił mi się warsztat. Ale jednak piszę. Bo jest to jedyna dla mnie czynność, jedyna praca, w której widzę dla siebie sens.