Święto prokrastynacji
9 maja jest moim osobistym świętem prokrastynacji. Corocznie w szkole, już przy pierwszych dźwiękach hymnu Wyścigu Pokoju, postanawiałem solennie zabrać się wreszcie do nauki, poprawić całe stada ocen niedostatecznych i pokonać widmo powtarzania roku w tej samej klasie. Zaczynało się zarywanie nocy, przepisywanie zeszytów, ślęczenie nad słupkami i ciągami, wkuwanie słówek… Półtora miesiąca później, otrzymywałem promocję zwykle jako jeden z najgorszych w klasie ( świadectwo ze skórzanym paskiem) i solennie przyrzekając że w przyszłym roku będę się uczył od początku, systematycznie itp. uciekałem na dwa miesiące w wolność lasów, pól, jezior i nadmorskich fal. A we wrześniu po tygodniu systematycznej i pilnej nauki znów wyruszałem na podbój dalekich galaktyk by wrócić do rzeczywistości przy pierwszych dźwiękach hymnu Wyścigu Pokoju. I tak właśnie działałem w ramach naszego, za przeproszeniem, Systemu Edukacji. Wiecie: Kartagina powinna itd…
PS: Dla ciekawskich: Pilotowałem wtedy zwykły międzygalaktyczny statek rozpoznawczy. Fantastyczna maszyna. Wszystko dopracowane i rozrysowane w najdrobniejszych szczegółach z tyłu zeszytu. Statek oczywiście miał najnowszej generacji teleport. Chodziło o to żeby błyskawicznie wrócić do awatara do klasy, gdy facetka z matmy pytała o zadanie domowe lub wywoływali do tablicy. Niestety teleport czasem się zacinał…