Z opowieści z pod błękitu nieba.
Pomimo wszystko lubię Luty. I nawet nie przeszkadza mi to że wiatr wywiał ostatnie resztki śniegu. Na polach stadka saren zbite w gromady obserwują czujnie okolice i przeklinają na czym świat stoi Wiatr, wiatr i jeszcze raz wiatr. Wszystko stało się jednym wielkim szalonym podmuchem. Na niebie wyścig. Ciemne chmury gnają jak szalone. Zimno. W takich chwilach mam w sercu jedno wielkie dziękczynienie za ciepły kąt. Za kubek z malinową herbatą, za drewno trzaskające tanecznie w żeliwnej kozie, za działającą klawiaturę laptopa i za stertę książek czekających cierpliwie na przeczytanie. Teraz się najlepiej pisze. Teraz w półmroku świec litery układają się w zdania zupełnie inaczej niż zwykle. Przypominają rysunki na ścianach jaskiń i tajemnicze węzły bez końca oplatające Księgę z Kells. Lubię pisać zimą.
– Mam cię! Mam cię ! – Miśka popiskuje przez sen – pewnie znowu poluje, jej małe łapki biegną w powietrzu a łaciate uszy kundla sterczą czujnie.
Sikorka buja się radośnie na kawałku słoniny i wrzaskliwie nawołuje koleżanki. Na płocie siedzi kot. Jest tak objedzony żarciem podkradanym z misek, że z nieukrywanym obrzydzeniem przypatruje się ptakom i słoninie. Przez chwile siedzi napuszony jak wielka ruda kula. Po chwili wstaje i spokojnie kroczy po szczeblach płotu, zupełnie obojętny na paniczną ucieczkę w trzepocie skrzydeł. W oddali szumi las. Nagie gałęzie pochylają się w tanecznych pokłonach na prawo i lewo świerki zrzucają białe sypkie płaszcze. Wiatr gra. Zastanawiam się co robi lis spotkany wczoraj wieczorem. Czy schował się gdzieś w ciepłym miejscu, czy brnie poprzez polanę szukając obiadu. Mówił że coraz trudniej o kawał dobrego mięsa. Ale on tak zawsze. Patrzę w ogień i zastanawiam się co u przyjaciół w puszczy. Czy śpią, czy przetrwali mrozy, czy głodują, co robią? Bo tu przy żeliwnym cieple spod pióra uciekają na kartki papieru, kolejne rozdziały opowieści o szczęśliwych dniach, ostatnich ludzi lasu.