SPOTKANIE

SPOTKANIE

Siedziałem na pokrytym mchem pniaku i gapiłem się w zieloność. Nic więcej. Czułem że mógłbym tak godzinami. Że mógłbym chłonąć tą ciszę, która nie jest ciszą i spokój, który nie jest spokojem. Liście drgały na wietrze, ptaki biły się zaciekle wśród gałęzi, wrzeszcząc na siebie zapamiętale ( cóż nie tylko się biły, ale o tym sza!) owady tańczyły swój zapamiętały taniec. Oddychałem. Wreszcie po kilku tygodniach, oddychałem. I nagle…to był bardzo cichy szelest, dźwięk łapy nieporadnie postawionej na gałązce. Odwróciłem głowę.
– Cześć – zagadnął lis. ( był młody, pewnie z zeszłego roku, niedoświadczony i naiwny jeszcze, ot jeden z tych które często kończą swój lisi żywot zbyt szybko )
– Cześć – powtórzył, wyciągając do przodu zaciekawiony pysk – a co ty tu robisz?
– Odtruwam się – odpowiedziałem
– Zjadłeś truciznę? – Spytał z przerażeniem – mój kuzyn zjadł truciznę i zdechł!
– Nie zjadłem trucizny – odpowiedziałem ze śmiechem.
– Nie rozumiem – przysiadł i oblizał nos.
– Jak by ci to wytłumaczyć – westchnąłem – patrzę na to wszystko, na las i czekam aż to co zostawiłem na jego skraju przestanie mieć dla mnie znaczenie.
– A co zostawiłeś? Coś do jedzenia?
– Nie – parsknąłem śmiechem
– Więc co tam zostawiłeś?
– Po pierwsze kilka zeszłych tygodni i ludzi którzy ciągle chcą abym żył ich życiem i tych co mi złorzeczą i tych wobec których muszę na już, na wczoraj, na przedwczoraj. Poza tym kilkadziesiąt kanałów w telewizorze kuszących bezsensem i radością niemyślenia, nieodebrane połączenia, e-maile z zaproszeniami, kłótnie polityków, doniesienie prasowe, bluzgających sąsiadów, psujący się samochód, zepsuty kran, zacinający się komputer, zupełnie nową komórkę z mnóstwem idiotycznych funkcji, książkę zapisaną do połowy nadzieją a od połowy totalnym zniechęceniem, wydawców, krytyków, poetów, teologów i psychologów …i kolejkę do kasy w markecie pojawiającą się zawsze wtedy kiedy mi się spieszy. Czyli zawsze.
– Nic nie rozumiem – lis patrzył się na mnie jak na wariata. Otworzył szeroko pysk i wystawił język.
– Nie musisz, przepraszam za ten wybuch – skrzywiłem się cierpko.
– Nie ma sprawy – zamachał ogonem zupełnie jak pies.
Siedziałem na pniu wpatrzony w zieloność. Słońce przesuwało się po niebie oświetlając pnie i liście co chwilę w zupełnie nowy niesamowity sposób.
– Zobacz – szepnął lis – wiewiórka wspina się po pniu
– Widzę – przytaknąłem
– Śmieszna nie?
– No…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *