WIERSZE

WIERSZE

Stacja benzynowa

On
tankuje bezołowiową do pełna
i do rachunku dodaje bezalkoholowe piwo
Ona
pije bezkofeinową bez cukru
i z mlekiem bez laktozy
Ono
je kanapkę bez glutenu i bez mięsa
mlaszcząc i wypluwając ziarna słonecznika
On i Ona
nie zwracają na to uwagi bo
Ono
wychowywane jest bezstresowo
On
patrzy jeszcze bezczelnie
na długie nogi dziewczyny wysiadającej
z czarnego BMW
Ona bezradna
zastanawia się dlaczego ich doskonały związek
jest bez miłości

Cmentarz na Górczynie

Kiedy byłem lekki jak piórko, wagą i umysłem,
chodziłem pierwszego listopada
po zakamarkach cmentarza na Górczynie.
Spijałem doniośle wieczorną atmosferę zapalonych świec
i prawie ekstatycznie cierpiałem, nie wiadomo po jaką cholerę.
Wygląda na to że lubiłem tak cierpieć bez potrzeby.

Przebrany w czarny długi płaszcz i biały szal
przeglądałem
się natarczywie w oczach mijanych dziewczyn
sprawdzając czy odgadują we mnie poetę.
I zakochiwałem się najprawdziwiej i najmocniej
na najbliższe dwa dni. Albo trzy.

Później szedłem na rodzinne spotkanie, pełne
ciotek, wujków, kuzynek i przyjaciół rodziny
Na placek ze śliwkami i herbatę z odrobiną rumu.
W zadymionym pokoju przeglądałem stare czasopisma
i znudzony jednym uchem łowiłem rozmowy
o polityce i śmierci, bólach żołądka i wykrojach sukienek.
Wieczorami śniłem o dziewczynach napotkanych
pośród cmentarnych alejek i o literackiej sławie.

Mój czarny płaszcz podarł się jeszcze w ubiegłym stuleciu.
A zamiast w oczach dziewczyn, przeglądam się
w wypolerowanych płytach tanich chińskich nagrobków.
Rodzinne spotkanie zdarza się, właściwie tylko na cmentarzu
a po placku ze śliwkami i rumie, mam zgagę
Wiem też, że bycie poetą, to bardziej kłopotliwa przypadłość
niż stygmat geniuszu.

Dzisiaj jestem ciężki jak kamień…

Tylko świece na alejkach cmentarza na Górczynie.
palą się wciąż tak samo.

 

Grudzień 1981

Hej kolęda, kolęda
skrzypi strach na śniegu
płoną koksowniki
wyłączyli światło.

Przejechał samochód
pewnie milicyjny.
Kaloryfer chłodny
telewizja kłamie.

Trzeci dzień fasola
i bimber na drugie
ponoć gdzieś na Śląsku
strzelali do ludzi.

ZOMO śpi w piwnicy
samochód rdzewieje
Spałowali teścia
bo poszedł do bramy.

Głośno się kochają
sąsiedzi za ścianą
nie ma co oglądać a
czytać nie lubią

A sąsiadka z dołu
wypłakuje oczy
nikt nie wie gdzie sąsiad
nawet ubek z góry.

Mruczy pomlaskuje
spawacz w telewizji
ogłasza ratunek
i pół kostki mydła
Hej kolęda, kolęda.

Je – sień
(szacownemu koleżeństwu )

Wbrew opinii biegłych w temacie
poetą się jest.

Bywa się za to Literatem.

I dobrze bo w większy dawkach
to minimum refluks
i pracownicze ogródki ,,ku czci”
składka na rabatkę.
A ponadto jeszcze, literatura ( LITERATURA)
poważna ale,w źle skrojonym garniturze.

Za to poetą się (SIĘ) jest zawsze.
Wystarczy pajęczyna na wietrze
dziewczyna o urodzie marionetki
i tańczące dziecko w za dużych butach
wiatr, liście i jesień

,,Czasami mój statek kosmiczny ma awarię
i muszę wylądować na ziemi’.

Pani kasjerka w sklepie nie należy do pokolenia
,,muszę natychmiast”. Czerwone paznokcie stukają
marsze niecierpliwości na pasie transmisyjnym.
– Czy pani w ogóle obsługuje?
Kasa wyciąga biały zadrukowany język bardzo powoli
bo taka jest transmisja danych. Ale przecież nikt nie będzie
miał pretensji do stałego łącza.
W drzwiach sklepu sąsiad przywitał mnie uprzejmą ,,K….ą”
wypowiedział się codziennie politycznie społecznie i ekonomicznie
i o pogodzie też. Wiadomości sportowych nie było.
Mówią że pada radioaktywny deszcz.
Więc chronię pod pachą torbę pełną nowotworów, zawałów
przedwczesnych wylewów i kilku kłamstw o ekologicznym
pochodzeniu produktu.
W domu wita mnie pies i telewizor.
Brudna szyja w białym kołnierzyku udowadnia mi że
ma przepis na podwyższenie czegoś tam.
Prowadzący program, łasi się jak szczeniak więc
ten z brudną szyją musi się znać. Ja nie muszę.
Pisanie wierszy o jesieni, jest jak mycie czystej podłogi
przed przyjściem gości. Jest pozbawione sensu, ale zobligowane
przymusem wewnętrznej paranoi.
A ja nie lubię myć podłogi.
Kończę. Idzie listonosz. Niesie koperty z biedą

Magiel

Pani Truda miała magiel w piwnicy
i to była alchemia.
Biała krochmalona pościel zmieniała
kształt i fakturę pod naciskiem
korby.
Pani Truda była jak magiel
ogromna, biała, powolna.

Raz w miesiącu zanosiliśmy z ojcem
pościel i frakowe koszule,kołnierzyki i rękawiczki z teatru

– A wie pan? –
Spojrzała kiedyś
ojcu prosto w oczy –
wie pan ,że kiedy byłam młoda tańczyłam w rewii w balecie?
Pan artysta, pan zrozumie.
oddycha z wysiłkiem.
Korba w jej dużych rękach powoli gniecie prześcieradło
I wie pan ? – mówi po chwili –
Teraz patrzę w lustro i nie mogę w to uwierzyć że
kiedyś delikatnie tańczyłam na palcach.
Że ludzie bili brawo
a chłopcy przysyłali mi kwiaty.

Ojciec nie pił prawie wcale
ale tamtego popołudnia
zamknął się w pokoju z butelką wódki.

Nigdy nie przestaje się być harcerzem

Mam zielone serce
dostałem je w podarunku, gdy leżałem
w letnie popołudnie, na kobiercu z jagodowych krzewów.
Nauczyłem się jak Jozue,wstrzymywać słońce
by wiecznie oglądać lustrze jeziora, twarz dziecka.
Nauczyłem się też czytać baśnie w płomieniach watry
i oglądać obrazy malowane skrzydłami zimorodków.
Moja radość wędruje piaszczystą ścieżką wśród sosen
a o świcie śpiewa psalm na leśnym wzgórzu
gdzie akacja krzyżem wzrasta ku niebu .
Uczę się liczyć gwiazdy, być malutkim
w zachwycie nad nieskończonością.
I dawać innym z siebie to, o czym marzę:
ot choćby zanieść choć jedną gałązkę
do wielkiego mrowiska zwanego Ziemia.
Wieczorem czytam najmądrzejszą z ksiąg
rozwiązuję zagadkę nieśmiertelności
i węzeł na chuście.
W wieczornym śnie machaniem ręki
pozdrawiam chłopca z torbą pełną listów
biegnącego wśród gruzów walczącego miasta.

Remanent

Ja wiem, że to bardzo irytujące,
ale nie wiadomo jakbym się starał
to nie potrafię żyć, życiem
pozapinanym na guziki.

Bo czasami niebo jest zbyt błękitne,
albo nie można gdzieś tam
przejść obojętnie, z rękami w kieszeniach.

A jeszcze ciągle trzeba walczyć
z potworami żyjącymi pod łóżkiem,
które w moim przypadku
wcale nie zniknęły, gdy noce
przestały już być samotne.

I jeszcze wszechświat, który
trzeba łapać, bo śliski jest drań
i ciągle wycieka przez palce.

I jeszcze są kolejne szanse,
które rozsypują się
jak sznur czerwonych korali
i już ich nie pozbierasz.

To irytujące. Wiem .
Ale w zamian dostaniesz wiersze
których i tak nie przeczytasz.

Epizod z poetą w roli  charakterystycznej

Stoję na przystanku podmiejskiego autobusu
dzień taki że nawet kawa ma smak deszczu
a ładne dziewczyny są brzydkie.
Płaszcz popełnił samobójstwo
po dwudziestu minutach czekania.
Autobus przyjechał. Stanął.
Stęknął przeciągle, westchnął znudzony
i z brzydkim mlaśnięciem otworzył drzwi.
Ze środka zaleciało potem, tytoniem,
przekleństwem naszym swojskim codziennym.
Obojętnie spojrzało na mnie kilkanaście par oczu.
Szepty, pomruki, westchnienia
Jakbym się potknął o gniazdo szerszeni.

– Poproszę bilet do centrum – mówię
– Normalny? – cedzi przez zęby kierowca
– Nie. Dla poety! – bezmyślnie walę głową w mur.

Cisza. Stop-klatka. Zaraz coś się stanie. Szaleniec…

– Ależ proszę bardzo !

Kierowca, zupełnie spokojnie odrywa i podaje mi
czerwony liść klonu z jesiennego bukietu
zawieszonego przy lusterku.

– To będzie cztery złote pięćdziesiąt groszy.

Kurtyna.